Także na obszarze Rzeczypospolitej Krakowskiej (lecz nie w Galicji!) rząd w Wiedniu zniósł pańszczyznę, a większość wsi oczynszował, tj. zamienił obowiązek odrabiania pańszczyzny na możliwość spłacania przez chłopów zobowiązań wynikających z dzierżawy gospodarstw w pieniądzu zamiast pracy fizycznej. richtig scheisse - Tekściory.pl – sprawdź tekst, tłumaczenie twojej ulubionej piosenki, obejrzyj teledysk. Na kopie sian, leżałem z rana, Ja, Wojtek, Maciek i Kuba. Drzymałem mile trzy dobre chwile, gdy Bartos woła - Ach zguba ! Kochany Wojciechu, bierz sie do pośpiechu, owo cos z nieba wielkiego. Jak góra, by chmura, na dół się toczy, Błyszczy się przedziwnie, aż bolą oczy: Oj, oj, oj, wstawajcie, prędko uciekajcie, coś złego. Pastorałki i kolędy/Na Judzkich dolinach pasą; Pastorałki i kolędy/Na kopie siana leżałem z rana; Pastorałki i kolędy/Najświętsza Panienka; Pastorałki i kolędy/Narodzenia dzień Bożego; Pastorałki i kolędy/Narodził się Jezus Chrystus; Pastorałki i kolędy/Narodził się w stajni; Pastorałki i kolędy/Narodził się Zbawiciel Kaczka pstra dziatki ma, siedzi sobie na kamieniu, trzyma dudki na ramieniu, kwa kwa kwa — pięknie gra. Gęsiorek, Na kopie siana leżałem z rana. up next . Vay Tiền Trả Góp 24 Tháng. Święta Bożego Narodzenia przez wieki zwano w Polsce Godami. Słowo to, o prasłowiańskim rodowodzie (pierwotne znaczenie: czas, pora, rok) oznaczało w tym kontekście zarówno sam dzień Bożego Narodzenia, jak i czas świąteczny aż do Trzech Króli; także czas uroczysty, godny świętowania. Polska tradycja Godów niezmiennie związana jest z pieśniami o Bożym Narodzeniu –kolędami, których w ciągu ostatnich wieków powstało w Polsce prawdopodobnie do 10 tysięcy. Tylko stosunkowo nieliczną część zanotowano (ok. wiele zapisów zapewne także nie przetrwało do naszych czasów. Notowane pierwotnie w rękopisach klasztornych, drukowane były w postaci podręcznych zbiorów pieśni –tzw. Kantyczkach (od łacińskiego „cantica” – pieśń religijna). Kantyczki używane od XVI wieku w klasztorach, pojawiły się niebawem także w parafiach, szkołach, domach prywatnych, a od końca XIX wieku także u zamożnych chłopów. Polskie kolędy- zapamiętane i przeżywane chyba przez wszystkich: „Wśród nocnej ciszy”, „Anioł pasterzom mówił”, Przybieżeli do Betlejem”, „Bóg się rodzi”, „Jezus malusieńki”… kreują przekonanie o wyjątkowej, unikalnej wśród innych kultur urodzie polskiej kolędy. Mickiewicz głosił w paryskich wykładach z literatury słowiańskiej: „Nie wiem, czy jaki inny kraj może się pochlubić zbiorem podobnym do tego, który posiada Polska… Mówię o zbiorze »Kantyczek«… Uczucia w nich wypowiedziane, uczucia macierzyńskie, gorliwej czci dla Najświętszej Panny i dla Boskiego Dzieciątka są tak delikatne i święte. Trudno by znaleźć w jakiejkolwiek innej poezji wyrażenia tak czyste, o takiej słodyczy i takiej delikatności”. Profesor Stanisław Dobrzycki (krakowski badacz literatury staropolskiej, zm. w 1931r): „Chyba nigdzie pieśni na Boże Narodzenie nie stały się czymś tak bardzo narodowym, tak dziwnie przez cały naród ukochanym i pielęgnowanym jak w Polsce”. Odczytywanie ważkości polskiej kolędy w historii kolędy europejskiej jest znacznie bardziej złożone. Większość narodów europejskich (w swej katolickiej, prawosławnej czy ewangelickiej tradycji) posiada wspaniałe zbiory kolęd: kolędy hiszpańskie, włoskie, francuskie, rosyjskie, czeskie, niemieckie, angielskie (repertuar kolęd angielskich jest równie liczny, jak polskich)… Na całym świecie czas Bożego Narodzenia kojarzy się przecież z amerykańską kolędą „Jingle Bells” („Dzwonią dzwoneczki”, 1866) czy z austriacką „Stille Nacht, heilige Nacht” („Cicha noc, święta noc”, 1818). Kolędy katolickie wywodzą się z hymnów łacińskich z XII -wiecznych dramatów liturgicznych o Bożym Narodzeniu. Dramaty powstające we włoskich i francuskich klasztorach benedyktyńskich odtwarzane były w kolejnych latach przy pomocy kleryków ze szkół przykatedralnych także w innych krajach; rękopisy zawierające (również) owe hymny przenosili mnisi benedyktyńscy odwiedzający klasztory swej tradycji zakonnej m. in. w Czechach czy Polsce. Warto wiedzieć, że w całej łacińskiej Europie kolędy wykonywano także w lokalnych językach narodowych. Szczególnie dobrym przykładem takich wędrówek i przemian może być łacińska kolęda „Largum vesper”, która poprzez XIII –wieczną wersję czeską zapisana została w krakowskim rękopisie z 1424r. jako „Szczodry wieczór”, stając się najstarszą znaną kolędą w języku polskim. Pieśń ta niezadługo potem pojawiła się w rękopisach na Wołyniu jako „Szczedrij weczir”. W XIX wieku m. in. Oskar Kolberg na Wołyniu notował całe grupy ludowych pastorałek określanych jako „szczedrowki”; zaś w relacjach z okolic Krakowa wspominał, że „Szczodry wieczór” funkcjonuje jako wstęp do szopki (czyli po wielu wiekach zachowała nadal swą funkcję dramaturgiczną, zapoczątkowaną w średniowiecznym dramacie religijnym). Wykonywane niekiedy kolędy z pierwszej połowy XVI wieku: „Z Bożego Narodzenia anieli się weselą” oraz „Chwalmy wszyscy Zbawiciela”, powstałe we Włoszech w wersji łacińskiej, do Polski dotarły tradycyjną dla ówczesnych kolęd drogą poprzez Czechy (łącznie przyswoiliśmy w ten sposób ok. 30 kolęd). Jest wśród nich także najstarsza polska kolęda „Zdrow bądź krolu Anielski” z 1424r. (z renesansową melodią z 1627r.) oraz balladowa XVII – wieczna kolęda domowa „Kiedy król Heród królował”. Kolędy w średniowiecznej i renesansowej Europie powstawały nie tylko w klasztorach czy na dworach królewskich; wielu autorów wywodziło się z kręgów mieszczańskich i plebejskich. Podobnie było i w Polsce. Autorami tekstów kolęd byli nie tylko ówcześni pisarze i poeci (z Janem Kochanowskim na czele), ale także zazwyczaj anonimowi duchowni, organiści, bakałarze szkół parafialnych, żacy, wreszcie wędrowni muzykanci i poeci wiejscy. Częstokroć do gotowego tekstu kolędy dobierano melodię już znaną –stąd wiele różnych kolęd posiada wspólne melodie (czasem jakże różne w charakterze: „Hej w dzień narodzenia Syna jedynego” i „Mości Gospodarzu”). Taka popularna od XVII w. praktyka (zwana kontrafakturą) polegała na wykorzystywaniu nie tylko znanej wówczas muzyki kościelnej (hymny, pieśni chorałowe), ale także melodii świeckich (dworskich, ludowych, niejednokrotnie tanecznych). Z tej to przyczyny tak wiele polskich kolęd kościelnych wykorzystuje wcześniejsze melodie polonezów dworskich: „W żłobie leży” i „Przystąpmy do szopy”. Wśród innych przykładów kontrafaktury trzeba przypomnieć opublikowaną w 1792r w Supraślu kolędę „Bóg się rodzi” (słowa autorstwa Franciszka Karpińskiego), która w latach późniejszych złączona została z melodią dawnego poloneza koronacyjnego. Teksty kolęd łączono z tanecznymi melodiami mazurów („Z narodzenia Pana dzień dziś wesoły”, „Hej w dzień narodzenia Syna jedynego” i ten sam mazur w świeckiej kolędzie życzącej „Mości Gospodarzu”), kujawiaków („Jezus malusieńki”, „Żeńże wołki, żeń”), kołysanek, a nawet menueta -„Na kopie siana leżałem z rana” [menuet pierwotnie był francuskim tańcem ludowym; od XVII w. popularny na terenie całej Europy. Na terenie Polski tańczony do połowy XIX w.] Szczególną perełką jest zachowana w kantyczce ks. Mioduszewskiego, datowana na II połowę XVIII w. pastorałka „Anioł Pański otoczony światłością dokoła” –z melodią popularnego w Polsce w 2 połowie XVIII w. tanecznego mazurka, którą później, w 1797 r. połączono we Włoszech w Legionie Polskim gen. Dąbrowskiego z wierszem napisanym przez Józefa Wybickiego „Jeszcze Polska nie umarła, póki my żyjemy”. [Warto wspomnieć, że „Mazurek Dąbrowskiego” uznano oficjalnie jako hymn Polski dopiero w 1926r; uprzednio hymnem była „Bogurodzica”]. Od XVI wieku w Polsce coraz częściej wystawiano widowiska o Bożym Narodzeniu. Wywodziły się one z dwóch odmiennych tradycji: Kręgu kultury elitarnej: Od XII -wiecznych dramatów liturgicznych, powstających w klasztorach benedyktyńskich (m. in. Monte Cassino) jako udramatyzowane recytacje proroctw Daniela, Izajasza, Balaama, tekstów staro- i nowotestamentowych. O wiek później wprowadzono także postacie Heroda, diabła, Trzech Króli, a całość kończył chór aniołów śpiewających „Gloria, in excelsis Deo”. Kręgu kultury plebejskiej: Od św. Franciszka z Asyżu, który w 1223r ustawił w wigilijną (staropolskie: „przedświęcie”) noc Bożego Narodzenia na leśnej polanie żłób (staropolskie: jasło –stąd jasełka), by wraz z współbraćmi adorować Dzieciątko Jezus. Franciszkanie i bliscy im regułą bernardyni ukazywali w ten sposób wiernym ubogie realia związane z tym wydarzeniem (stajnia, żłób, siano, ubóstwo Świętej Rodziny, bezbronność Boga –Niemowlęcia). Z obydwu tradycji: benedyktyńskiej i franciszkańskiej wywiodła się w Polsce praktyka przedstawiania widowisk o Bożym Narodzeniu, które stopniowo od XV wieku (pierwsza relacja -królewskiego dworzanina Kallimacha) zaczęły przeradzać się w znane nam z wieków późniejszych misteria religijne, szopki, jasełka. Widowiska wykonywane przez świeckich zazwyczaj miały charakter improwizowany, rzadko ich przebieg zapisywano bądź drukowano. Do najstarszych wydawnictw zaliczyć można Jana Żabczyca „Symfonie anielskie” z 1630r (zawierające m. in. teksty 36 kolęd pasterskich) oraz z połowy XVI w. „Ludycje wieśne”, w których zapisano świeckie kolędy życzące na Nowy Rok –Nowe Lato. Staropolscy autorzy kolęd, podobnie jak większość artystów tworzących wówczas „ad maiorem Dei gloriam” (łac. „na większą chwałę Bożą”), zazwyczaj nie podpisywali swoich utworów. Dziś możemy jedynie snuć domysły, kim byli i z jakich środowisk się wywodzili. Twórcami kolęd byli przede wszystkim księża, mnisi, bakałarze, żacy, organiści i bezimienni poeci ludowi. Pastorałki znane i lubiane w Polsce od wieku XVII, są one tworem środowisk przykościelnych i stanowią rezultat zabiegów katechizacyjnych Kościoła katolickiego. Skądinąd zabiegów udanych, akceptowanych przez szerokie kręgi społeczeństwa polskiego. Pastorałki, wbrew panującej powszechnie opinii, nie są ludowe ani genetycznie, ani stylistycznie, należą do kultury popularnej (poprzedniczki kultury masowej). Powstanie pastorałek wiązać można z dworską modą na sielanki, typową dla XVII wieku, który był złotym wiekiem dla kolędy polskiej. Autorzy kościelni i przykościelni wykorzystali wzorce ludowych pieśni i tańców dla upowszechnienia treści ewangelicznych. Nieludowa geneza pastorałek nie znaczy, że nie funkcjonują one w środowisku ludowym. „Uludowienie” pastorałek –w sensie ich rozpowszechnienia w szerokich kręgach w mieście i na wsi –następowało stopniowo od XVII i zwłaszcza XVIII wieku pod wpływem działalności katechetycznej Kościoła, organizowania widowisk parafialnych (szopka, jasełka) i masowych wydawnictw kantyczkowych, przyczyniło się do powstania i spopularyzowania chrześcijańskiego repertuaru kolędowego w szerokim obiegu społecznym i powszechnego utożsamiania pastorałek z kolędami ludowymi. W drukowanych w Polsce kolędach od XVII w. pojawiają się obficie wątki ludowe. W ich treści spotykamy oprócz treści z Biblii (oraz niezatwierdzonych przez Kościół tzw. Ewangelii apokryficznych) –także polskie realia wędrówki pasterzy do Małego Jezusa: w grubych butach i kożuchach, przez zasypane śniegiem pola idą z darami pasterze „do Betlejemu”, by Nowonarodzonemu pokłon złożyć. Kolędy o takich treściach, pełne humoru, często gwarowe, zazwyczaj z melodiami zapożyczonymi z tańców ludowych, nazwano pastorałkami. Pastorałki śpiewano wyłącznie w domach (stąd druga ich nazwa: kolędy domowe), nie zaś w kościołach. Pastorałki śpiewali także przychodzący do domów kolędnicy: z Gwiazdą, herodami czy przenośną kukiełkową szopką; część dawnych pastorałek (nawet kilkudziesięciozwrotkowych) to śpiewane ludowe scenariusze do tychże kukiełkowych przedstawień. Ciekawym przykładem repertuaru kolędników jest pastorałka „Mesyjasz przyszedł na świat prawdziwy”. Ostatecznego dla polskiej tradycji rozróżnienia na kolędy i pastorałki dokonał ksiądz Michał Marcin Mioduszewski (1787-1868), autor największego zbioru kolęd polskich, które przez wiele lat zbierał zarówno w bibliotekach kościelnych i klasztornych, jak i we współczesnej sobie żywej tradycji: kościelnej i świeckiej (w tym ludowej). W swych obydwu głównych dziełach: -„Śpiewniku kościelnym, czyli Pieśniach nabożnych z melodyjami w Kościele Katolickim używanymi, a dla wygody Kościołów parafialnych zebranymi” (Kraków 1838) oraz -„Pastorałkach i kolędach z melodyjami czyli piosnkach wesołych ludu w czasie Świąt Bożego Narodzenia śpiewanych po domach i podczas obchodów kolędniczych” (Kraków 1843); wprowadził czytelny podział na kolędy -„Pieśni o Bożym Narodzeniu” –do śpiewania w kościele oraz „Kolędy domowe i pastorałki –śpiewane w domach i podczas obchodów kolędniczych”. Obydwa powyższe śpiewniki posiadają zezwolenie biskupie (imprimatur), mimo iż wśród pastorałek znaleźć można treści dalekie od kanonu Starego Testamentu oraz Mateuszowej czy Łukaszowej Ewangelii (za to pełne wątków legend religijnych czy zapożyczeń z ewangelii apokryficznych). Pasterze witają zatem Jezusa i jego rodziców, oddają Bogu pokłon i składają mu swe skromne dary (uwagę zwraca tu motyw pierwszeństwa ubogich pastuszków przed bogatymi królami), śpiewają, grają i tańczą pragnąc rozweselić płaczące Dzieciątko. Do takich utworów należy pastorałka „Hola, pasterze z pola”. Cechą charakterystyczną kolęd polskich, a ludowych w szczególności, jest serdeczna poufałość wobec Jezusa, który choć jest Bogiem, to urodził się „maluśki jako kawałek smycka” –jak w góralskiej pastorałce. Można użalać się nad Nim, bo jest mały, nagi i bezbronny; przemawiać do Niego pieszczotliwie, kołysać, ale przede wszystkim zabawiać Go, grać Mu, śpiewać i tańczyć. W zawierającej 196 kolęd kościelnych i 70 pastorałek „Kantyczce z nutami” (Kraków 1911) zebranych przez Jana Kaszyckiego napisano we wstępie: (…)„My, Polacy, śpiewając swoje kolędy, cieszymy się tylko i radujemy z Narodzenia Bożego, a poufalimy się z Bożą Dzieciną i Jego świętą Matuchną i Józefem starym. I ta poufałość stanowi największą kolęd ozdobę, dodaje im wdzięku i krasy, i sprawia, że w kolędach jest tyle ciepła, takie wylanie uczuć i że tak lubimy je śpiewać, począwszy od dzieci, a skończywszy na dorosłych, poważnych mężczyznach. Ozdobą i ponętą, którą się odznaczają nasze kolędy i pastorałki jest także ich swojskość, ich barwa narodowa. Kolędy opiewają narodzenie Zbawcy w Betlejem, ale to Betlejem stoi na ziemi naszej, polskiej, w tym Betlejem roi się od naszych Maćków, Stachów i Wojtków. Wszystkie opisy i sceny z Ziemi Betlejemskiej przeniesione są do naszego kraju, w nasze chaty, w nasze stosunki, słowem: wszystko jest opowiedziane i przedstawione »po naszemu«. Co się tyczy melodyi poszczególnych kolęd –to również i one są przepiękne i wyrazem duszy narodu: wszystkie są wesołe, ale także równocześnie i smętne. Smętność ich nie jest jednak taką, jaka powstaje w duszy człowieka po czemś utraconem, ale jest raczej wyrazem tęsknoty za dobrem, do którego dążymy i z którem pragniemy się połączyć. Jest w nich wesołość w smętności. Z tego też powodu nadają się do śpiewu w kościołach (kolędy), zaś wszystkie –w domach w czasie tej wesołości, uciechy i radości.”(…) Opr. Mirosław Nalaskowski (tekst wstępny z broszury „XIV Suwalska Wigilia Chłopska 2005”) Do tych tradycji nawiązuje Wigilia Chłopska organizowana na Suwalszczyźnie od 24 lat- najpierw przez Wojewódzki Dom Kultury, potem przez Regionalny Ośrodek Kultury i Sztuki, a ostatnio przez Starostwo Powiatowe. Na Wigilii Chłopskiej spotykają się zespoły folklorystyczne z Suwalszczyzny. Zdjęcia pochodzą z Wigilii Chłopskiej, która odbyła się 20 grudnia 2015 r. Łączymy!... i plik wyszedł w trasę. KOLĘDA 48. Na kopie siana leżałem zrana, Ja Wojtek, Maciek i Kuba: Drzymałem mile przy dobrej chwile, wej[1] Bartos woła: ach zguba! Kochany Wojciechu, bierz się do pospiechu, owo cóś z nieba wielkiego, Jak góra, by chmura, na dół się toczy, Błyszczy się przedziwnie, aż bolą oczy: Oj, oj, oj, wstawajcie, prędko uciekajcie, Cóś złego. Budziłem dobrze kijem po żebrze, Maćka i Kubę spiącego. Wstań miły Szwagrze, Cóś Bartek gawrze; Pójdźmyno wszyscy do niego: Czego tam on ryczy, jako na basicy, Tak grubo wrzeszczy na dole. Biegliśmy wszyscy trzej prędko po roli, Maciek padł i krzyczy: Głowa mnie boli; Jak boli, tak boli, weźże mnie powoli, Mój Kuba. Leży na polu, z wielkiego bólu, Stękać już Maciek nie może; Ratujcie prosi, głowy podnosi, Alić go Kuba wspomoże: Wciągnął go do budy, położywszy dudy, I głowę jemu obwinął. A skoro to ujrzał Tomek przy domie, Biegł prędko do budy, on leży w słomie, Trochę go poruszył i słomą poprószył, I wyszedł. Gdy tak stoimy, wspólnie radzimy, Chrystus się z Panny narodził: Anieli grają, wdzięcznie śpiewają, aże się Maciek obudził; Wesoła nowina, Panna rodzi Syna, w stajni, w miasteczku Betleem! Weź Kuba barana, ja koszyk gruszek, A ty weź Michale masła garnuszek I baryłkę wina, by się ta Dziecina Cieszyła. A ty zaś Rochu, pięknego grochu, Weźmij na plecy z pół wora, Pod jednym dachem mieszkasz ze Stachem, Daj mu tłustego kaczora, Niech weźmie w kobielę, będzie na niedzielę, terazże idźmy wraz wszyscy, Oglądać na ziemi to Boże ciało: Co się dla nas ludzi zbawieniem stało: Już tam są Anieli, bośmy ich widzieli, Na szopie, Ty Tomku brachu będźże bez strachu, Chociaż tam jest Józef stary, Za wszystkich gadaj, ofiary składaj, Boś ty był w szkołach u Fary; A my na około, zagramy wesoło, Temu dziecięciu małemu: Sol fa mi, ut re dum, ra ra ra Panie, Dajemyć podarki jak kogo stanie, Przyjmij nas w tej sprawie, daj niebo łaskawie, Daj! Amen. Wspomnienia dr Józefa Lorenca . Józef Lorenc urodził się w 1928 roku. W chwili wybuchu wojny miał więc 11 lat. Proszony o wspomnienia z tych czasów nie przypomina sobie dziecięcych zabaw. Widocznie w warunkach zagrożenia życia dzieci dojrzewały szybciej. Jemu wojna zabrała dzieciństwo. Pan dr Józef Lorenc pamięta głównie prace domowe i na roli. Kilka razy był w środku zdarzeń tragicznych. Oto co dla nas zapisał: Pamiętam… 1. We wrześniu 1939 szedłem z moją mamusią na targ do miasta Łańcuta. Niosłem w koszyku koguty na sprzedaż. Przed miastem był tak zwany Park Angielski – ogrodzony teren okolony drzewami. (Obecnie na tym miejscu znajduje się Miejski Dom Kultury i Szkoła Podstawowa Nr 2). W parku przy drzewach - a były to grube topole – leżeli i siedzieli na ziemi jeńcy; żołnierze polscy. Widziałem setki zielonych mundurów. Słyszałem jęki i ciche wołania: wody,… chleba…. Kora z drzew topoli była obdarta; to jeńcy jak wysoko dostali rękami zdzierali z drzew korę i ssali trzymając ją w ustach, tak wielkie było pragnienie i głód. Było chłodno, siąpił deszcz. Kobiety idące na targ rzucały jeńcom chleb. Moja mama też miała przygotowane dla nas kromki chleba zawinięte w gazetę i rzuciła je za ogrodzenie polskim żołnierzom. Oni zbierali z ziemi nawet okruchy chleba. Wzdłuż ogrodzenia chodził żołnierz, strażnik niemiecki, starszy już człowiek z karabinem na plecach i nie reagował , gdy przechodzące kobiety rzucały chleb jeńcom. Dla mnie – jedenastoletniego wówczas chłopca –ten widok polskich żołnierzy jako jeńców był wielkim przeżyciem, którego nigdy nie zapomnę. 2. W tym czasie , we wrześniu roku 1939 pani Potocka wraz z doktorem Jedlińskim zorganizowali dla jeńców – rannych i chorych żołnierzy polskich – szpital na ulicy Grunwaldzkiej w Łańcucie. Produkty na wyżywienie chorych przywożono z pobliskich folwarków. W tym prowizorycznym szpitalu było około stu chorych żołnierzy. 3. Nasz dom stał na skraju wsi, obok rozciągały się łąki, a dalej pola. Przez okres trzech miesięcy rodziny żydowskie Naftule i Mendle sypiały w naszym obejściu w nocy w stodole na słomie. Sami sobie otwierali boisko w stodole, a wczesnym rankiem szli łąkami na własny grunt, by ukrywać się w dzień w zbożach. Grunt ten nazywano Klimasówką, gdyż wcześniej należał do Klimasa. Moja mama nocą przynosiła Żydom na boisko w garnku mleko i błagała, aby rankiem wcześnie wychodzili ze stodoły, bo nas Niemcy zamordują. Byłem świadkiem zamordowania pięciu Żydów; tych właśnie Naftuli i Mendlów przez Kokotta - szefa Gestapo w Łańcucie. Grunt moich rodziców był obok pola Żyda Naftuli. Te grunty dzieliła miedza. Kiedy bronowałem na polu podorywkę wykonaną we wrześniu widziałem jak przyjechała furmanka, na której siedzieli dwaj Niemcy i dwaj granatowi policjanci. Z furmanki zszedł Niemiec, pamiętam był bez czapki, wyjął rewolwer i trzymając go w ręku jak do strzału szedł w moim kierunku. Za miedzą, w odległości 10 metrów ode mnie rosła mieszanka zbożowa ( bobik, wyka, owies). Niemiec przystanął… Żydzi powstawali, wychodzili z tego zboża i głośno wołali „daruj życie”, usiłując całować go po nogach. Słyszałem jak Niemiec mówił „dać złoto!”…. Po chwili padł strzał . Klacz, która zaprzęgnięta była do brony parsknęła i chciała uciekać, mocno trzymałem na lejcach. Za każdym strzałem chciała pięciu ludzi Kokott oddal 6 strzałów. Z Naftulami była w polu ich córka, dziewczynka w wieku 5, może 6 lat. Znalem ja, bo ze swoimi rodzicami przychodziła na ich pole. Ta dziewczynka po pierwszym strzale wstała i zaczęła uciekać. Kokott strzelił do niej ponownie. Dokonany na Żydach mord widzieli chłopi, których spędzono w charakterze obławy, aby Żydzi nie uciekli. Chłopi stali w odległości 100, może 150 metrów z kijami, laskami. Dla mnie dokonany na Żydach mord był wielkim i strasznym przeżyciem. Z okien domu widziałem tez jak dwaj chłopi, niedalecy sąsiedzi przyjechali furmanką i ściągali z tych zabitych Żydów ubrania i obuwie, włożyli na wóz i zawieźli na okop ·we wsi Dębina. ( okop to jest wyznaczone we wsi miejsce pochówku zwierząt padłych na chorobę zakaźną) Po latach zostałem zgłoszony do Wojewódzkiej Prokuratury w Rzeszowie jako świadek tego dokonanego przez Josefa Kokotta mordu. ( ). Na rozprawie sądowej rozpoznałem Kokotta. Trochę się postarzał, ale był to ten sam człowiek, który strzelał do Żydów na polach we wsi Dębina. Na rozprawę przyjechały też żona Kokotta i siostra żony. Odpowiadał na pytania w języku czeskim. Mówił, że strzelał na rozkaz. Było dużo zeznań świadków. Nie podobała mi się wypowiedź jednej pani z Łańcuta, która w czasie okupacji prowadziła wyszynk ( restaurację) i powiedziała, na rozprawie „Pan Kokott przychodził z rana do restauracji, wypijał jedną wódkę i prosił o zakąskę, za które zawsze płacił. To kulturalny pan.” 4. W miesiącu sierpniu 1943 roku niosłem w worku na ramieniu mieszankę zbożową na poplon od Jana Kątnika z Dębiny, mego wujka. Byłem obok kapliczki w Dębinie, gdy nadjechał samochód niemiecki z czterema Niemcami. Jeden z Niemców wyskoczył z samochodu i wołał; Partyzant hende hoch ! – ręce do góry!. Żądał okazania kenkarty. Powiedziałem, ze mam w domu. Bagnetem przebił worek w trzech miejscach. Mieszanka zbożowa wysypywała się. Wyszedł drugi Niemiec z samochodu i pyta o nazwisko. Mówię Lorenc. Parę razy powtórzył to nazwisko i powiedział po czesku – to Polak. Mówił coś jeszcze po czesku i pozwolili mi odejść. Przeżyłem ten incydent bardzo, bo pod koszulą miałem dwie gazetki (bibuły) ”Wiem” przypasane paskiem od spodni. Wujek przechowywał gazetki ( tak nazywało się prasę konspiracyjną ) w jednym z uli pszczelich. Prasę przynosił komendant Batalionów Chłopskich na gminę Kosina – Eugeniusz Borcz, krewny mojego wujka. Ja przenosiłem gazetki potem we wskazane przez komendanta miejsca. 5. W lipcu 1942 roku otrzymałem kartę na roboty do Niemiec. Płakałem. Było nas w domu dwóch chłopców, ja i mój młodszy brat. Mój wujek doradził mojej mamusi, by zanieść koguty do policjanta granatowego, który mieszkał we wsi Kosina – P. Paszczaka. On może wiele załatwić. Tak też zrobiłem; dwa koguty w koszyku zaniosłem do domu policjanta w Kosinie. Żona policjanta zabrala koguty. Z drugiego pokoju wyszedł policjant ( pamiętam, był w koszuli) i zapytał co mnie tu sprowadza. Powiedziałem, ze mam kartę na roboty do Niemiec. Podszedł do mnie, nacisnął mi palcem pierś i polecił mi, żeby na komisji lekarskiej powiedzieć, że mnie w piersiach boli. Miałem się zgłosić w domu ludowym w Kosinie w ustalonym dniu z kartą – powołaniem do Niemiec. Szedłem z domu na komisję z płaczem. W drzwiach domu ludowego stał policjant Paszczak. Zabrał mi kartę i powiedział „ Uciekaj do domu !”. Do dnia dzisiejszego myślę o nim dobrze. Jestem mu wdzięczny za tę przysługę. 6. W roku 1942 dwa tygodnie chodziłem do odśnieżania drogi na trasie Głuchów – Kosina. Były w tym czasie siarczyste mrozy i zaspy śniegu na 3 metry wysokie. Widziałem jak Niemcy jechali na front wschodni ubrani w białe kożuchy. Mój ojciec był wówczas chory. Na nogach miałem drewniaki*. Powiem jak wyglądał domowy sposób wytwarzania drewniaków: Podeszwy ciosane były z drewna i potem obite skórą wyprawianą też domowymi sposobami. Najpierw skórę pozbawić trzeba było sierści poprzez moczenie w wodzie wapiennej. Tak z tydzień moczyła się skóra, potem wypłukiwało się skórę z tego wapna i resztek sierści. Wyprawianie to proces długotrwały. Korę ze świerka i dębu gotowało się i do tego wywaru zanurzało się skórę na 5 do 6 miesięcy. Aby kolor skóry był równomierny należało obracać od czasu do czasu tę skórę. W czasie wyprawiania wytrącało się wyprawiona skóra nie chłonęła wody, buty były suche, a drewniane podeszwy izolowały od zimna. 7. W okresie okupacji hitlerowskiej w więzieniu w Rzeszowie więziono Wincentego Witosa. Niemcy chcieli aby W. Witos utworzył kolaborujący z nimi rząd . Przyjeżdżali z Guberni z Krakowa do więzienia w Rzeszowie i nalegali, aby Witos podpisał zgodę na wzór Czechów. Wówczas można by powoływać Polaków do wojska na front wschodni. Ratowali Witosa Akowcy, Bechowcy i zgodą klucznika więzienia podawano Witosowi szklankę wody na podstawce. Pod dnem szklanki były angielskie pigułki. Po zażyciu takiej pigułki Witos przez sześć godzin miał wysoką gorączkę. Lekarz niemiecki za każdym razem stwierdzał, że Witos jest chory. Osobami, które podawały Witosowi pigułki byli Piotr Świetlik i Ungeheuer , którego imienia nie znam,, wiem tylko, że prowadził warsztat rzemieślniczy w Rzeszowie, Aby Ungeheuer mógł wejść do więzienia – trzeba było wcześniej coś zepsuć , zgłosić i czekać.. Wiedzę o tej sprawie posiadam od Piotra Świetlika, z którym kilkanaście lat współpracowałem w szkole.* Dużą rolę w tym działaniu odegrał ten klucznik więzienia w Rzeszowie. 8. Władysław Morawski, pracownik wodociągów Potockiego, a ostatnio serwisant wodociągów w Technikum Rachunkowości Rolnej w Wysokiej wtajemniczył mnie jak działał w AK przy zrzucie angielskiej broni i przechowywaniu jej w zbiornikach wodnych we wsi Handzlówce. Mówiąc w skrócie – na dnie zbiorników wodnych było dużo mułu, około półtora metra. W tym mule przechowywana była broń, wyciągano ją osęką przed akcją łańcuckich partyzantów. Władysław Morawski przekazał mi dokument osobisty dający mu prawo wstępu do zamku podpisany przez administrację zamku i szefa gestapo w Łańcucie. Pracując całe życie w wodzie Władysław Morawski nabawił się choroby, skutkiem której amputowano mu nogi po kolana. 9. Pamiętam, jak boleśnie przeżyłem śmierć mojego brata ciotecznego Alojzego Kiełba. W czasie walk wojsk radzieckich z cofającymi się Niemcami leżałem z kuzynem na miedzy obok domu. Od pocisków zapaliły się domy w sąsiedzkiej wsi Białobrzegi. Pożar ogarnął sześć domów. W naszym domu oprócz naszej rodziny mieszkali wtedy ludzie wysiedleni z Kamionki Strumiałowej. W czasie walk i wspomnianego pożaru wynosili oni do ogrodu swój dobytek: bieliznę, ubranie, pierzyny, aby je uratować w razie pożaru domu. Niemcy widzieli ruchy ludzi wokół domu. Wystrzelili pocisk artyleryjski w prostej linii miedzy. Słyszałem jak mój kuzyn Alojzy leżący na tej szerokiej miedzy krzyknął „o jej” . Ja ze strachu leżałem jak zając pod miedzą – w głębokiej koleinie. Nie wiem jak to się stało. On zginął na tej miedzy. W szoku uciekłem do sąsiadów, wszedłem do obory i schowałem się pod żłobem. W oborze były dwie krowy. Wieczorem przyszła z naftową latarnią starsza gospodyni doić krowy i wypatrzyła mnie wciśniętego pod krowim żłobem. Gospodyni – Katarzyna Benedyk miała wówczas z dziewięćdziesiąt lat. Po wydojeniu krów zabrała mnie do domu. Zjadłem posiłek. Działania wojenne trwały nadal. Byłem tam u Katarzyny Benedyk trzy dni. W czwartym dniu pobytu działania wojenne ustały, a po błotnistej drodze jechało wojsko radzieckie. Katarzyna Benedyk zaprowadziła mnie do mojego rodzinnego domu. Radość rodziców że żyję była tak wielka, że wszyscy płakaliśmy. Po moim zaginięciu w czasie walk rodzice sądzili, że pocisk mnie „rozniósł po polach” do tego stopnia, ze nie ma co włożyć do grobu. Alojzego pochowano na cmentarzu w Białobrzegach. Kiedy jestem koło rodzinnego domu patrzę na miejsce upadku pocisku , głęboki dół, gdzie zginął mój kuzyn, a ja żyję. Za to że żyję, za otrzymane dobra staram się spłacać dług poprzez działania społeczne na rzecz ludzi starszych** Józef Lorenc część II wspomnień Informacje z okresu okupacji hitlerowskiej. 1. W miesiącach letnich roku 1942 była bardzo trudna sytuacja na wsiach powiatu łańcuckiego i w samym Łańcucie. Niemcy nakładali na gospodarstwa wiejskie wysokie kontyngenty; dostawy zboża, mięsa, mleka i ziemniaków na rzecz Rzeszy. Na wsiach ludzie odczuwali było w mieście. Były masowe łapanki młodych ludzi na roboty do Niemiec. Niemcy zamykali Polaków do więzień. Rolnik nie mógł dokonać uboju własnego tucznika na własne potrzeby, groziła za to kara więzienia. W takiej trudnej sytuacji społeczno-gospodarczej pan Piotr Świetlik w porozumieniu z ludowcami i ZWZ przebrany w mundur kapitana niemieckiego i w asyście przekupionego żołnierza ( Austriaka) udał się do hrabiego Potockiego do zamku. Rozmowa odbyła się w gabinecie ordynata. Piotr Świetlik prosił hrabiego Potockiego aby wstawił się do Niemców z prośbą o pomoc i ochronę Polaków. Potocki rozpoznał Świetlika, żachnął się i wykazał zdenerwowanie. Świetlik odpowiedział: „Panie hrabio – ja tu nie jestem sam, za mną stoją chłopi”. Potem okazało się, że na bramie zamkowej już nigdy nie pełnił warty Niemiec, który ułatwił wejście do zamku. Oznaczało to, że Potocki powiadomił Niemców o tym zdarzeniu. W swoim pamiętniku hrabia Potocki napisał na stronie 230, że rozmawiał z agentem Świetlikiem. 2. W roku 1940 przyjechał do Łańcuta general Michał Karaszewicz -Tokarzewski. General ubrany był jak turysta, z plecakiem na plecach. Furmanką przyjechał do wsi Sonina do Alfreda Hadława – działacza ludowego. W obecności generała członkowie ZWZ złożyli przysięgę działania konspiracyjnego w ramach tej Piotr Świetlik zobowiązany został przez ZWZ do przeprowadzenia generała Tokarzewskiego na Węgry. Przejście to miał ułatwić nadleśniczy w Dukli inż. Roman Gesing, późniejszy minister leśnictwa. Granica z Węgrami prowadziła przez las i kawałkami biegła wzdłuż bardzo wąskiego strumienia. Drogę wskazywał leśnik. Kiedy generał Tokarzewski przekroczył granicę i pomachał ręką na znak, że jest już na ziemi węgierskiej, Piotr Świetlik, który przez całą drogę niósł na ramionach pług, (rzekomo do kowala) poczuł jak bardzo był zmęczony. Położył się na chwilę przy kopie siana na łące należącej do nadleśnictwa i zasnął. Obudził się w momencie, gdy pies niemieckich strażników szarpał go za ubranie. Przybiegli dwaj strażnicy niemieccy, którzy kazali Świetlikowi iść z nimi i przyprowadzili go do Nadleśnictwa w Dukli. Nadleśniczy , wspomniany wcześniej Roman Gesing który biegle władał językiem niemieckim, zaprosił Niemców na ucztę, a Świetlika kazał zamknąć w oddzielnym pokoju. Klucz od tego pokoju oddał Niemcom. Żona Gesinga i służąca miały gościć Niemców; podano dużo wódki i pieczonego indyka. Nadleśniczy pił alkohol ostrożnie. Kiedy Niemcom chwiały się głowy z wypicia nadmiaru alkoholu - nadleśniczy dał sygnał służącej, aby otworzyła okno. Piotr Świetlik czmychnął przez to okno. Biegł brzegiem strumyka, żeby zatrzeć ślad. Gdy Niemcy oprzytomnieli – ruszyli z psem na poszukiwanie uciekiniera. Bardzo byli zdenerwowani. Całą tę opowieść snutą w trakcie rozmowy ministra Gesinga z Piotrem Świetlikiem słyszałem osobiście w gabinecie ministra. W tym czasie byłem zastępcą dyrektora Technikum Rachunkowości Rolnej i razem z dyrektorem Świetlikiem byliśmy w sprawach służbowych w Warszawie. Minister (ludowiec) przyjął nas bardzo serdecznie. Przy herbatce i kieliszku dobrej wódki obaj panowie ze wzruszeniem wspominali wspólne przeżycia z okresu okupacji. 3). W miesiącu kwietniu 1043 roku we wsi Markowa pow. Łańcut w mieszkaniu pana Homy odbyła się tajna konferencja ludowców i bechowców powiatu łańcuckiego z udziałem Ministra Rolnictwa Rządu Londyńskiego ( na kraj) - pana Zygmunta Załęskiego. W tym czasie Niemcy ponosili na froncie wschodnim duże straty. Zbliżał się koniec wojny. Na konferencji w Markowej uczestnicy dyskutowali na temat przeprowadzenia reformy rolnej w powiecie łańcuckim. Do podziału gruntów hrabiego Potockiego dla chłopów było 2000 hektarów. Stanowiska dyskutantów były różne. Jedni uważali, że reformę należy przeprowadzić w majestacie prawa, inni byli przeciwni, a jeszcze inni proponowali przydział ziemi z reformy rolnej robotnikom folwarcznym i małorolnym chłopom po 5 ha i 1 ha ( aby więcej ludzi skorzystało z reformy). Pełnomocnikiem w sprawie planowanej reformy rolnej dla Ziemi Łańcuckiej wybrano Jana Bożka ze wsi Białobrzegi pow. Łańcut. W czasie dyskusji Zygmunt Załęski podniósł problem rozwoju oświaty rolniczej na wsi - organizację szkół rolniczych w w budynkach po-folwarcznych hrabiego Potockiego. Temat podchwycił obecny na naradzie Piotr Świetlik. Po zakończeniu wojny działacze ludowi zorganizowali w Łańcucie Gimnazjum Mechaniki Rolnej, a we wsi Wysoka - Gimnazjum Rolniczo-Spółdzielcze. Były to pierwsze tego typu szkoły rolnicze w Polsce. We wsiach Głuchów, Handzlówka, Krzemienica i Wola Mała w powiecie łańcuckim zorganizowano Szkoły Przysposobienia Rolniczego. *Pan dr Józef Lorenc był przez długie lata dyrektorem Technikum Rachunkowości Rolnej w Wysokiej. ** Pan dr Józef Lorenc jest członkiem Zarządu Łańcuckiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, jak również cenionym wykładowcą zapraszanym do licznych podkarpackich UTW. Antka zasnęła błyskiem. Mam na ustach niedokończoną kolędę, zahamiast zmyslanki-kołysanki. Ten czas kiedy tulę ją do piersi taki nasz. Czas na mój hamulec wtedy. Ona śpi a ja w tej ciszy siedzę i jakoś nie układają mi się te święta w całość. O co w nich chodzi? Chyba wszystkich nas tak rodzice wychowali, że chce nam się być po prostu razem. Nasza trójka, z naszą piątką, z przyległościami, z Nimi, z ich dziećmi, ale też z Dziakami od zawsze. Jak w ubiegłym roku (tu) Ale jakoś nie składa się ten świąteczny nastrój. Girlandy na schodach i na kominku wciąż brak. Choinki wycięte czekaj na uwagę. Maślane ciastka się zjadły. I choć świąteczne prezenty poutykane w zakamarkach szaf aby nie dać się zdemaskować przed czasem, burząc jakąś magię świąt czekają, nie one czynią Święta Świętami. Tej prawdziwej magii, o która tak w tym roku trudno. Chyba tylko dobre wieści, że da się jeszcze coś zrobić, że wyzdrowieje, i po raz 82 spędzi te święta na wesoło. Z nami i z Babcią. Zaśpiewa coś, co nikt w koło powtórzyć nie umie i winszować gościom będzie. Potem dialogi jasełek z dzieciństwa odegra z aktorskim zacięciem i wzruszy nas wszystkich do łez. Będzie się upierał, że ma rację... choć nie ma. Będzie z dumą podpytywał o egzaminy wnuków na studiach i laską "kopał" piłkę Antosi. Będzie wspominał zjeżdżanie na nartach z dachu, co to je sam zrobił. I ducha, którego widział wtedy w ciemnym lesie jako młody chłopaczyna. Będzie mówił o tym jaka to bieda kiedyś była. Potem wojsko i te historie enty raz wypowiedziane. Potem jak z Przemyśla na piechotę wracał. I jak Tosia pokazuje jak Pradziadzio chodzi. I jak to Ona wskazuje paluszkiem "tiu" pokazując gdzie Dziadziuś siedzi. A On przy piecu. Zgarbiony nieco. Od roku wsparty o chodzik. Ale wciąż z trzeźwa głową, bystrą myślą i żartem. Dyskretnie paląc papierosa, popije herbatę malinową i coś pod nosem zaśpiewa. Chce takich świat właśnie. Kiedy od stołu u rodziców, biegniemy do dziadków tłocząc się i zaśmiewając z "Bambuczy". A po pasterce śpiewamy do rana "Na kopie siana, leżałem z rana" Chcę patrzeć jak się kochają przez te 57 lat. Dziękować Im za to, że nauczyli nas tak bardzo być z Nimi blisko. I szczerze i otwarcie. Niezależnie o naszych gniewnych postaw, odważnych decyzji i nieoczywistych tonów. Nie wiem jak zdołali tak bardzo wszystkich nas przy sobie blisko trzymać. Już wtedy gdy cała nasza ferajna jadła pierogi z "jednego korytka" wiedziałam, że to najlepsze pierogi na świecie. I landrynki, które Dziadzio Antoś ( tak, tylko tak do Niego mówimy... lub po imieniu Antosiu) po pracy wyciągał z czarnej, skórzanej torby zatykając nam dzioby, gdy stojąc na płocie krzyczeliśmy ...ciuciu! Ale te Święta zapowiadają się na trudniejsze. Z walką i ze strachem z tyłu głowy o Niego. Ale też z nadzieją. Plotę wianek na drzwi. Drugi dla Polci. Dekoruję okna i kąty odkurzam, listę zakupów tworząc, plan na pieczenie obieram. Antka małą kulą potrząsa pokazując Poleczce padający śnieżek i brokatem sypie. W tle ciągle Zbigniew Preisner. A w weekendy spacer po świątecznym jarmarku. Kartki świąteczne. Sukienki na wieszaku gotowe czekają, kołnierzyk, co mnie tak cieszy i te spinki do włosków, których jeszcze w tamtym roku nie było. Nasze małe świąteczne tradycje. Nieświadomie może budowane. Kiedyś będą częścią wspomnień. Cieszą.

na kopie siana leżałem z rana